Bypass Festiwal 4 | Ogólnopolski Dzień Braku Granic
Zaraz, zaraz… Czy to naprawdę już miesiąc minął od tegorocznej, czwartej edycji Bypass Festiwalu? Bo tak patrzę i patrzę w ten kalendarz, głowię się i rozrysowuję kwantowe wykresy na kilku tablicach jednocześnie, no i za cholerę nie chce być inaczej, skoro dziś mamy 18 września, a gig miał miejsce dokładnie 18 sierpnia w warszawskim klubie 2KOŁA. Lecz choć przybywam z tą relacją tak późno, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Bypassowa gorączka piątkowej nocy rozkołysała lędźwie koncertowiczów właściwie przed chwilą, a jej kadzidlane opary nadal kłębią się i wirują w moich receptorach… Tym bardziej że na ogródku piwnym ktoś naprawdę palił jakieś klasztorne kadzidła. A może ta gorączka w istocie trwa nadal, a moja świadomość tak usilnie pragnie pozostać w tej festiwalowej euforii, że duchem wciąż wywijam ekstatyczne hołubce pod klubowym sufitem. Nie brzmi to wszystko zapewne zbyt racjonalnie, ale musicie mi uwierzyć na słowo. Zresztą, niekiedy wydaje mi się, że w kościach czuję jeszcze epicki wpierdol zaznany w zeszłym roku, tj. na pierwszym Bypass Festiwalu, w którym dane mi było uczestniczyć, a który także dość obszernie zrelacjonowałam tutaj. Bypass Festiwal 3 ochrzciłam wówczas mianem „Ogólnopolskiego dnia robienia tarła pod sceną”, więc tytuł niniejszej relacji jest niejako nawiązaniem do zeszłorocznej. Albowiem w trakcie tegorocznych Bypassowych bachanaliów znamienne słowa jednego z przedstawicieli omawianego dziś cyrku, Tomka 'Ozzy’ego’ Kunickiego, które padły w wywiadzie dla portalu skrr.pl, po raz kolejny ciałem się stały, mianowicie „Koncerty Bypass to po prostu brak granic”. A stały się ciałem, owszem, posiniaczonym, obolałym, skacowanym i mdlejącym z powodu skandalicznego braku klimatyzacji w lokalu, ale jakże rozradowanym ciałem.
Po tej iście wstrząsającej epopei o moich siniakach, spazmach i kacach, której oczywiście każdy potrzebował, przechodzimy wreszcie do konkretów, tj. przebieżki po tegorocznym line-upie. Rozpiska godzinowa opublikowana przez organizatorów na zaledwie kilka godzin przed startem (bo kto by jej tam potrzebował wcześniej ;)) sugerowałaby zająć się w pierwszej kolejności występami DJ Spacji i Moleheada. I wierzcie mi, bardzo bym chciała tego dokonać, zwłaszcza, że koncert Moleheada w zeszłym roku mnie ominął, więc tym razem bardzo chciałam to nadrobić. Ale na przeszkodzie stoi pewna okoliczność nie do przezwyciężenia. Taka mianowicie, że te koncerty zwyczajnie się nie odbyły. Dlaczego? Tego już niestety nie udało mi się dowiedzieć. Być może jakaś konkretna przyczyna została podana do oficjalnej informacji, a do mnie akurat nie dotarła. Zatem jako że zwyczajnie nie znam szczegółów takiego obrotu spraw, to pozwolicie, że drążenie tematu w tym miejscu sobie odpuszczę. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że szeroko niepojęte nieoczekiwane zajścia są wprost wpisane w „genotyp” Bypassu.
VVEZE. x AKATDZUNIOR
Wobec powyższego stołeczny Festiwal Piosenki, Tańca, Darcia Mordy i Wyburzania Ścian Armatami Basowego Dudnienia 2023 otworzył oficjalnie duet młodocianych rycerzy dark trapu, czyli VVEZE. i Akatdzunior, którzy w ramach swojego seta zaprezentowali całość ich drugiej, niedawno wydanej EPki pt. „Obłąkane chamy”. EPki, którą swoją drogą miałam już przyjemność recenzować tutaj. Od razu więc muszę podkreślić, że koncertowa realizacja materiału płytowego potwierdziła w całej rozciągłości moje prorocze zdolności! W mojej recenzji stwierdziłam bowiem, iż track pt. „PORYTE MiKROFONY”, a w szczególności tekst refrenu (Wygięło mnie konkretnie / Wygięło nam planetę / Powyginało giry / Więc nie idę, tylko lecę), to „Kwintesencja trapowego rozpierdolu, który wykonany na żywo z pewnością powygina nie tylko giry, ale też pozostałe kończyny i kilka organów”. I jak się zapewne domyślacie, tak też się stało, wobec czego chłopaki wiszą mi 10 zł za maść końską, którą na drugi dzień musiałam nacierać sobie kark, ażeby jakkolwiek nim poruszać! Ale spójrzmy prawdzie w oczy, spróbujcie tylko usiedzieć w miejscu i poskromić demona Shakiry w Waszych biodrach przy tak gorących hitach jak „DEGENERATE”, „OBŁĄKANE CHAMY” czy właśnie „PORYTE MiKROFONY”. Zresztą, kark karkiem, latynoskie pląsy latynoskimi pląsami, a machanie łbem machaniem łbem, bo panowie VVEZE. i Akat to nie tylko specjaliści od trapowej biesiado-rzeźni w oparach substancji wszelakich, bo jak przygrzmocą dekadencją i nihilizmem, to bezceremonialnie trepanują czaszki słuchaczy, czego dowiodło porażające wykonanie ostatniego numeru z EPki, „GDY ZAPOMNĘ”. Szkoda tylko, że tym razem zabrakło na scenie Weenapera, który odpowiada tutaj za rozwałkowujący refren. Tak czy inaczej całokształt popisu chłopaków można by określić jako porywający wykład z hydrauliki, geometrii i anatomii solidnej trapuwy, który tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że tych rozbrykanych gagatków z kolektywu MLS Global koniecznie trzeba mieć na oku, bo na pewno jeszcze srogo nabroją w podziemnych rewirach.
NATURA2000
Młodzi adepci polskiego traphouse’u poprzeczkę postawili całkiem wysoko, a więc członkowie poznańskiego składu Natura2000 stanęli przed nie lada wyzwaniem podtrzymania plemiennego rozbestwienia publiki. Wyzwaniem, któremu podołali, cóż, koncertowo! I przyznaję bez bicia, że przedtem nie znałam muzyki tejże zwariowanej abstract rapowo-freak trapowo-weed popowej (?) ferajny i za wszystkie grzechy serdecznie żałuję! Zaręczam jednak, iż należycie i błyskawicznie odpokutowałam po powrocie do domu poprzez przemaglowanie wzdłuż i wszerz całej ich dyskografii, a w następstwie także uzależnienie się od niej. Albowiem kolektyw Natura, którego szeregi zasilają tacy twórcy jak saburrakap, Kminiu, Bartii, HVBBY, AZ-YL i kosmaty, zrealizował performance na kształt stylistycznego Blitzkriegu tudzież konceptualnego Wietkongu. Zaprezentowana przez nich fuzja ciężkiego trapu, katarynkowych melodyjek, piosenki ludowej, psylocybinowych wizji i średniowiecznego kabaretu poskutkowała wystrzeleniem mojej percepcji prosto ku marsjańskim kraterom. Natura to bezsprzecznie jedno z moich największych objawień muzycznych tego roku. To wyobraźnia, pasja, ikra i stylówa – jak to powiada „dzisiejsza” młodzież w uznaniu dla czyichś imponujących zasług – nie do podjebania!
AUGUSTYN
Panująca (a raczej parująca) w klubie sauna z każdą kolejną minutą coraz bardziej dawała się we znaki, konsekwentnie skraplając czoła i roztapiając makijaże, lecz po kilku zachłannych łykach wody i mdlących haustach nikotynowego powietrza trzeba było przecież dalej ruszać w tan! W końcu zaraz po przejażdżce trapowym kombajnem Natury czekała nas przesiadka w statek kosmiczny Augustyna, którego zwykłam tytułować Bypass-orkiestrą, gdyż jest on pierwszorzędnym multiinstrumentalistą, wokalistą i producentem. Jego dorobek płytowy zaś skrzy się tyloma barwami i czerpie z tylu różnorakich gatunków, że eksploracja jego dyskografii jest iście egzotyczną przygodą. I taką też przygodą był jego występ – od filozofującego space triphopu* (np. Świt) przez reggae-folkowe rozmarzenie (Wschód) i symfonizujące hymny nawołujące tak do jebania policji, jak podążania ku światłości (Into the Light) aż po buddha trap (Azakuri Sencha) i rytualno-indiepopowo manifesty wolnościowe (Dachowiec). Doprawdy, Augustyn to po prostu jednoosobowe, chodzące biuro podróży sferyczno-astralnych!
* Pozwolę sobie w tym miejscu nadmienić, że multistylistyczne mikstury Augustyna wykraczają niekiedy poza moją wiedzę dotyczącą milionów gatunków, miliardów ich odłamów i gazylionów odgałęzień tych odłamów, więc w tej materii raczej improwizuję. 😉
OORBIT I FOSTER KIDS
Bez bicia i z bólem serca przyznaję, że z przyczyn ode mnie niezależnych musiałam zrezygnować z koncertu grupy ZPN Crew, nad czym wielce ubolewam. Ubolewam jednak w nadziei, że niebawem nadarzy się okazja ku temu, żeby usłyszeć ich na żywo, bo już po koncercie doszły mnie słuchy, że zdecydowanie warto! W tej sytuacji więc prosto z kosmicznych ogrodów i nirwanicznych połaci Augustyna trafiłam prosto na cuchnące siarką i padliną bagna, zgliszcza i pobojowiska. Otóż czaszki i żebra festiwalowiczy zostały w mig przewalcowane trapowym czołgiem, za sterami którego zasiada cały dom wariatów znany pod nazwą Foster Kids. Dom wariatów na czele z Oorbitem, czyli jedną z moich największych fascynacji muzyczno-lirycznych ostatnich lat. Poza Oorbitem Fosterową klikę reprezentowali na scenie mlody_trvp (moja kolejna potężna fascynacja), Maniec i Kuszcz. Tym razem zabrakło więc Nycto, który pojawił się w zeszłym roku, a także Saint Daniela/sleezy’ego, który niedawno uległ poważnemu wypadkowi. W hołdzie Danielowi zatem chłopaki rozpoczęli swój występ niekwestionowaną petardą, czyli pierwszym numerem z klasycznej EPki pt. „9 piętro” Daniela, która w Bypassowo-Fosterowych kręgach cieszy się już statusem kultowym. Fantastyczny track ze znakomitej EPki będącej lekcją obowiązkową dla każdego miłośnika ryjącego beret trapiszcza.
Tego wieczoru Sieroty urodzone na śmietnikach (jak to genezę powstania 'kolektywu’ definiuje sam Oorbit) niewątpliwie nie zawiodły w tym, w czym są po prostu światowej klasy ekspertami, o ile nie niedoszłymi noblistami. Mianowicie w sianiu trapowej pożogi i basowego spustoszenia (choć tutaj nagłośnienie momentami zawodziło), a liryka Oorbita to taka gra w zośkę, z tym że ową zośką jest mózg słuchacza. Być może na zeszłorocznym koncercie Fosterów bawiłam się minimalnie lepiej, bo setlista była nieco bardziej zróżnicowana pod kątem klimatu poszczególnych tracków, a tym razem w szczególności zabrakło mi choćby jednego kawałka trvpa. Niemniej gdy przez drżący w posadach klub przetoczyły się z niszczycielską mocą fali tsunami hiciory trwalsze niż ze spiżu, tj. „Smutne i niezdrowe”, „Void”, „Tekken” czy „Hexen”, to bez wątpienia mieliśmy do czynienia z istną trap-hekatombą.
KOZA x BARTO KATT
Z powyższego opisu łatwo więc wywnioskować, że na gigu Fosterów wręcz niemożliwym było powstrzymać się od podscenicznych, frenetycznych kujawiaków. I to jeszcze tak, aby zachować rezerwy energii na wieńczący festiwal koncert Kozy i Barto Katta? Tym bardziej że ten duet zazwyczaj jest zapowiedzią morderczego huraganu? Tak, ta prognoza sprawdziła się w dwustu procentach, bo huragan bitowo-tekstowy był to pierwsza klasa, choć przy próbach bardziej ostentacyjnych podskoków – nawet w konfrontacji z tak hymnicznymi bangerami jak „Wolni farmerzy”, „100-FUNTOVYYE BOTINKI”, „Ezograżyny” czy „Felix Fenicjusz” – mój zaśniedziały już układ kostny odmawiał posłuszeństwa. Niemniej trudno sobie wyobrazić bardziej fajerwerkowe zakończenie Bypassowego święta trapowych plonów.
Za bachora z nerwowym utęsknieniem wyczekiwało się świąt Bożego Narodzenia i góry prezentów pod choinką. Albo Dnia Dziecka i nawałnic próchnicotwórczych, naszprycowanych sztucznymi barwnikami słodyczy. Latka lecą, a kondycja psychofizyczna kuleje, lecz mentalność pozostaje ta sama, z tym że moim odpowiednikiem tych gór prezentów i nawałnic słodyczy jest właśnie Bypass Festiwal. Bypass jest jak karnawał w Rio, małpi gaj, morderczy rave, piżama-party, upiorny psychiatryk i imieniny u cioci Jadzi w jednym. Jest ekstremalnie, dziko i obłąkańczo, a zarazem swojsko, rodzinnie, swobodnie i przytulnie. To celebracja artystycznej wolności i brawurowego indywidualizmu. I jakkolwiek banalnie to zabrzmi, myślę, że Bypass Festiwal to dla mnie jedna z niewielu okazji, aby przez tych kilka godzin być w stu procentach sobą. Bez spiny, bez skrępowania, bez makijażu. Z nerwowym utęsknieniem zerkam więc w kalendarz i wyczekuję kolejnego lata i Bypass Festiwal 5. I 6 też. I 8, 12 i 58. I każdej kolejnej edycji. Mam bowiem nadzieję, że na naszych oczach pisze się piękna Bypassowa saga.
O autorze
- Klaudia Putyra
- Od dwóch lat prowadzę bloga muzycznego pod jakże trudnym do wymówienia pseudonimem Partyturiada. Czym w zasadzie jest Partyturiada? Cóż, jeden rabin powiedziałby, że wszystkim, a drugi, że niczym. Bo w praktyce na moich social mediach znajdziecie właśnie takie niedefiniowalne wszystko i nic, tj. muzykę klasyczną epoki romantyzmu, brutal technical death metal, dungeon rap, religijny neofolk, wszystko, co związane z TeamSESH, shoegaze lat 90. i mogłabym tak wymieniać pewnie do rana, ale czy słusznie? Odpuśćmy sobie więc dalszą wyliczankę gatunkową i skupmy się na tym, co najważniejsze. Na muzyce. A muzyki Wam u mnie dostatek!
- 29 września, 2023Cloud RapBones – BasketCase | Światełko w tunelu?
- 18 września, 2023RELACJEBypass Festiwal 4 | Ogólnopolski Dzień Braku Granic
te kadzidła to palił augustyn, przed koncertem na pewno zapalił jedno na scenie
Dzięki za przypomnienie! Mnie otumaniła wszechobecna duchota 😉
jak ja kurwa zaluje ze nie pojechalem tylko lezalem zacpany, nexta nie mogę przegapić
Żałuj, mój drogi, żałuj!