Bones – BasketCase | Światełko w tunelu?
Nie ulega wątpliwości, że tak zwane „twórcze ADHD”, objawiające się wzmożoną częstotliwością wydawniczą, jest zjawiskiem (przypadłością? schorzeniem?) wyraźnie polaryzującym odbiorców sztuk wszelakich. Wyodrębniają się tutaj na ogół dwa skrajne obozy. Przedstawiciele jednego zazwyczaj reagują z entuzjazmem na każdy nowy drop ulubionego twórcy. Drudzy zaś sugerują najczęściej, że artysta „nadpobudliwy” powinien zrobić sobie dłuższą przerwę, wyruszyć w egzystencjalną pielgrzymkę do Tybetu, zafundować sobie dłuższy pobyt w zakopiańskim hotelu SPA, a nawet definitywnie zakończyć karierę i przejść na emeryturę. Jak nietrudno się domyślić, główny argument oponentów to po prostu przerost ilości nad jakością wydawanego materiału. W dyskusji na ten temat wielokrotnie pada także stwierdzenie o konieczności „przedarcia się” przez tony rzeczy przeciętnych i słabych, aby „dokopać się” do tych wartościowych. Jeśli nasze rozważania wokół tej kwestii mielibyśmy zawęzić do branży muzycznej, to na myśl przychodzi nam z pewnością wielu twórców o przepastnych dorobkach, i to z najróżniejszych bajek gatunkowych, np. Frank Zappa, Current 93, Buckethead czy Viper. A i samego Jana Sebastiana Bacha moglibyśmy do tego kręgu zaprosić, o ile nie mianować od razu panem i władcą kompozycyjnych bombardierów. Lecz jeśli już mowa o muzykach „nadaktywnych”, to założę się, że wielu z szanownych czytelników utppf.pl jako tego naczelnego artystę, który wydaje po prostu za dużo i za często, wskazałoby właśnie naszego dzisiejszego długowłosego bohatera. Bohatera, który dla przykładu w samym tylko roku 2013 wydał 9 mixtape’ów. Jak z ich jakością, zapytacie? Cóż, najogólniej rzecz ujmując, w kratkę.
Rok 2023 jednak zdaje się być dla Bonesa całkiem pomyślny. Wydane w tym roku tape’y „TheWitch&TheWizard” duetu Bones & Greaf oraz „thishouseisnotahome„ nagrane pod szyldem surrenderdorothy uważam za jedne z najlepszych jego albumów, i to nie tylko w kontekście ostatnich kilku lat, ale nawet w stosunku do całej gigantycznej dyskografii. „JonesPeak„ natomiast byłby moim zdaniem świetnym albumem, gdyby nie obecność Eddy’ego Bakera na każdym z tracków. „BasketCase”, które ujrzało światło dzienne 25 sierpnia, poczytuję jako kontynuację tej wyjątkowo dobrej passy wydawniczo-jakościowej, jaką Bones wykazuje w tym roku. Choć jak zawsze nie brakuje głosów mówiących (a nawet krzyczących), że Bones to już dawno temu powinien zwinąć manatki ze sceny, a jego najnowszy album to kolejny miałki twór, który jest na to dowodem. Wobec tylu skrajnych głosów sprawdźmy zatem wreszcie, o co tyle „szumu”.
PROMOCJA ALBUMU
Zanim jednak przejdziemy do analizy zawartości muzycznej albumu, wato poświęcić chwilę uwagi jego promocji. Bones w swojej kreatywności zdążył przyzwyczaić fanów zarówno do kompletnego braku jakichkolwiek akcji promocyjnych i „suchych” komunikatów na swoich Instagramowych stories (np. kultowe „New albums in 2 weeks”), jak i do akcji dość niekonwencjonalnych. W przypadku „BasketCase” byliśmy świadkami tego drugiego, kiedy to codziennie od 18 do 24 sierpnia Elmo wrzucał na swoje streamingi po jednym tracku z nadchodzącego materiału. Koniec końców, począwszy od „FreakyFriday”, a na „MyOwnPersonalHell” skończywszy, przed oficjalnym wydaniem albumu do sieci trafiło 7 singli, czyli tym samym połowa całości. Bez wątpienia było to przedsięwzięcie emocjonujące, aczkolwiek skłamałabym, mówiąc, że single same sobie jakoś szczególnie mnie rozemocjonowały. Bo tak się niestety nie stało. Nie przykuły one mojej uwagi niczym szczególnym. Może z wyjątkiem imprezowego „Peroxide”, bo gdy usłyszałam podkręcony autotune’m głos Bonesa, pomyślałam, że lada moment wyewoluuje on w jakąś mitologiczną hybrydę Young Leana i Playboi Cartiego… I gwoli ścisłości to miał być komplement pod adresem tego numeru ;). Niemniej całokształt singli nastroił mnie negatywnie, i to do tego stopnia, że po głowie już pałętały mi się obawy, że ta produkcja Bonesa będzie wybitnie nieudana. Jednakże już pierwszy odsłuch wszystkich czternastu tracków od początku do końca te obawy rozwiał, a nawet z pompą i kretesem zniweczył.
OKŁADKA
Pozwólcie proszę, że jeszcze dosłownie chwileczkę Was pomęczę, tj. potrzymam w niepewności, gdyż warto też zwrócić uwagę na okładkę płyty. Albowiem jej bluźnierczo-cmentarna aura, a przede wszystkim styl czcionki nawiązują bezpośrednio do estetyki legendarnej kapeli black metalowej Mayhem. Dlaczego Bones zdecydował się na taką właśnie szatę graficzną? Cóż, nie od dziś wiadomo, że nasz długonogi dryblas, który raz na jakiś czas nie pogardzi screamo-wokalem (np. w „RestInPeace” czy „ICanSeeMyHouseFromHere”), lubuje się w ekstremalnych odmianach metalu. Świadczyć może o tym choćby koszulka z Burzum (swoją drogą też taką mam, to się pochwalę), w której Elmo wywija piruety w teledysku do kultowego „Corduroy”. Warto też przypomnieć jedną z sesji zdjęciowych, podczas której Bones „pozuje” z logiem Darkthrone na piersi (i taką koszulkę też mam). A więc do pełni black metalowego szczęścia brakuje nam już tylko Mayhem, prawda? Oczywiście, moglibyśmy wskazać jeszcze co najmniej 10 kapel, których do takowej pełni brakuje, ale tym razem poprzestańmy na tej wyjątkowo popularnej trójce. A, i koszulkę z Mayhem też mam #flex. Można domniemywać zatem, że black metalowa stylistyka albumu ma służyć jako symboliczny hołd dla tej tak genialnej, jak (delikatnie mówiąc) kontrowersyjnej grupy. Zresztą, jak dotąd nie zastanawiałam się jeszcze nad rankingiem ulubionych Bonesowych okładek, ale „Banshee” z pewnością znalazłoby się na miejscu pierwszym. Miejsce drugie natomiast przypadłoby chyba właśnie „BasketCase”. A i koszulkę z tą okładką kupowałabym jak szalona.
ANALIZA UTWORÓW
Naszą dzisiejszą przygodę rozpoczynamy od singla „Misery”, który na pierwszy rzut „oka” moglibyśmy zaklasyfikować jako generyczny cloud trap oparty na mrocznej, dzwonkowej melodii. I być może za takowy uznałabym ogół tego numeru, gdyby nie pewien szczególny dar, którym Bones niewątpliwie włada. Mianowicie dar mistrzowskiego flow, a co za tym idzie, umiejętność prowadzenia narracji i żonglerki różnymi barwami głosu. Bo to właśnie za sprawą owego mitycznego, pożądanego niczym Święty Graal czy inny Całun Turyński flow Bones zamienia kompozycje na poziomie muzycznym raczej przeciętne w co najmniej intrygujące. A „Misery” jest moim zdaniem flagowym tego przykładem – zwinnie i płynnie lawirując między nonszalancką nawijką, złowrogo-zmysłową szepto-chrypą a temperamentnymi okrzykami, Elmo buduje całość naprawdę wciągającą. Na poziomie tekstowym zaś jest to w zasadzie typowy Bones, jakiego wszyscy kochają bądź mają już powyżej uszu, tj. podręcznikowa materialistyczna bragga (Yellow Testarossa revving, every city, every venue) i krwawa gangsterka (Demon sent you up to heaven, weapon lift you like a Chevy) przeplatają się z absolutnie obowiązkowym paleniem śmiesznych papierosów (Rollin’ smokе aimed that telly, eyes glowin’ like his belly), smutkiem i samotnością metaforyzowanymi za pomocą terminologii komputerowo-gamerskiej (I’m mentally MIA, I’m physically AFK), wytykaniem zaściankowości mieszkańcom regionu, z którego autor pochodzi (Came from the place where the people don’t change, and the rednecks shotgun banging) i wzmiankami o cmentarzach, żniwiarzach
i rozkładających się zwłokach (Cornfield looking like a graveyard / Body disintegrate before they get you).
I voilà! Oto przepis na idealnego Bonesa w sosie własnym!
Zarzut cloud-trapowej czy też po prostu Bonesowej generyczności w materii tak dźwiękowej, jak tekstowej – bo chyba najczęściej przewijającą się w kontekście tego tape’a opinią jest ta w stylu „just typical Bones album with many fillers and a few standouts, but no musical progress at all” – można by tutaj postawić wielu trackom. Jednakże Bones – Człowiek Flow (pomysł na nową postać w uniwersum Marvela? czemu nie!) jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamienia to wszystko w „coś”. Przykuwa uwagę phonkujące „94” z Memphisowym samplem, a rzewna melodia klawiszy i zapętlony żeński śpiew czynią „FreakyFriday„ niezwykle czarującą kompozycją. „FreakyFriday” może kojarzyć się z takimi albumami z katalogu Bonesa jak „Remains” czy „Scraps”, gdzie tak oniryczne, kołysankowe bity także były dziełem najmłodszego stażem producenta SESHu, Lysona. Natomiast ostatnie, ogniście wykrzyczane wersy w tym utworze bez dwóch zdań kryją w sobie potencjał rozpalenia prymitywno-plemiennych instynktów wśród potencjalnej koncertowej tłuszczy.
Z kolei taki trap oparty na zapętlonej melodii przepełnionych dramatyzmem, patosem i lukrem smyczków jak ten w „Ratatat” zapewne większość tutaj obecnych słyszała w swoim życiu co najmniej gazylion razy. Jednakże, powtórzę się, pieczęć Bonesowego flow w wielu przypadkach winduje jakość danego materiału na poziom ponadprzeciętny. Niekoniecznie innowacyjny czy wybitny, ale z pewnością interesujący. Moim zdaniem jednak to od utworu nr 6, „Peroxide”, zaczyna się „właściwa” część albumu, tj. wiązanka jego najmocniejszych momentów. „Peroxide”, o którym wspominałam już w drugim akapicie, to zdecydowanie kawał porządnego bangera. Natomiast lodowate synthy w „UncleRicksMonteCarlo” w połączeniu z tak esencjonalnie Bonesowymi wersami jak „Live fast, die young, the reaper got me booked for tomorrow” mają w sobie coś z upiornej groteski, tak charakterystycznej dla Bonesowego klimatu. W kolejnym na płycie „SwampOfSorrows” na baśniowym bicie legendy phonkowego podziemia, Rolanda Jonesa, Elmo sięga po kolejną ze swoich ulubionych „zabawek”. Albowiem tytułowe Bagno Smutków nie dość, że za sprawą samej nazwy idealnie koresponduje ze specyfiką Bonesowego smutku, to odnosi się do jednej z krain występujących w grze World of Warcraft. A nawiązania do gier komputerowych to kolejna ze specjalności Bonesowego zakładu. A że artysta wplata pomiędzy krajobrazy fantasy szydzenie z innych raperów, i to głównie poprzez szastanie terminem „pussy” (You act important, your raps poorly, I’m lashin’ on it / I follow you home, kick the doors in while you snorin’, pussy)? To w świecie Bonesa raczej chleb powszedni. Dalej w numerze nr 9, „MyOwnPersonalHell”, po raz kolejny swoim talentem do lirycznych bitów błyszczy Lyson, a sam Bones tekściarstwem, w którym klasycznie mieszają się potęgujące stany melancholii warunki atmosferyczne (Rain coming down fucking mobbing through the mud), uliczne porachunki (Snow camo Glock wet you-wet you like a flood), udręki emocjonalne (I’m just tryna bring some pain, I’m just tryna fucking feel), nieuchronność śmierci (Spinnin’ and spinnin’ around ’til it’s time to turn back into BONES) i stare dobre nawiązania do wrestlingu (Sharp shooter, Bret Hart, my missiles never missing bitch).
Utwory nr 10 i 11, czyli odpowiednio „KidNPlay” i „CD-R”, to moim zdaniem dwa najsroższe killery na „BasketCase”. Przesiąknięte klimatem, mrokiem i niepokojem bity i wersy to po prostu Bones z najwyższej półki. Następnie nieodparcie urzeka senny, lekko ambientowy soundscape w „FourSeasons”, jak i dogłębnie porusza eteryczny, pełen tak błogości, jak boleści, wprost zniewalający bit niezastąpionego Vegarda w „BellTowerPark”, zwłaszcza w połączeniu z tekstem opowiadającym o przyjacielu Bonesa, który zmarł w wyniku przedawkowania, osierocając syna. Płynące na ckliwych lo-fi klawiszach „AsThePendulumSwings”, w którym autor dokonuje swego rodzaju rozrachunku z samym sobą i deklaruje zawzięcie podążanie własną ścieżką, stanowi idealne zwieńczenie tego obfitującego tak w zapamiętałe headbangingi, jak w refleksyjne wzruszenia seansu z „BasketCase”.
Tytułem podsumowania wypadałoby wyjaśnić, jaka właściwie myśl kryje się pod tytułem niniejszej recenzji, tj. dlaczego nazwałam najnowszy materiał Bonesa „światełkiem w tunelu”. Wydaje mi się bowiem, że „BasketCase” może być właśnie takim niosącym nadzieję światełkiem zwłaszcza dla tych sceptyków, którzy dawno temu przekreślili twórczość Bonesa grubą krechą, zakładając, że lata świetności ma on już dawno za sobą, wypalił się doszczętnie i niczego interesującego już nie nagra. Wielu z tych sceptyków z rozżaleniem i uporem zadaje pytanie, parafrazując klasyka, gdzie się podziały tamte bangery. Bangery, które bujały ciałami, szybami i ścianami na wszystkie strony. A zatem spieszę z odpowiedzią i pomocą! Są właśnie tutaj i mają się świetnie!
O autorze
- Klaudia Putyra
- Od dwóch lat prowadzę bloga muzycznego pod jakże trudnym do wymówienia pseudonimem Partyturiada. Czym w zasadzie jest Partyturiada? Cóż, jeden rabin powiedziałby, że wszystkim, a drugi, że niczym. Bo w praktyce na moich social mediach znajdziecie właśnie takie niedefiniowalne wszystko i nic, tj. muzykę klasyczną epoki romantyzmu, brutal technical death metal, dungeon rap, religijny neofolk, wszystko, co związane z TeamSESH, shoegaze lat 90. i mogłabym tak wymieniać pewnie do rana, ale czy słusznie? Odpuśćmy sobie więc dalszą wyliczankę gatunkową i skupmy się na tym, co najważniejsze. Na muzyce. A muzyki Wam u mnie dostatek!
- 29 września, 2023Cloud RapBones – BasketCase | Światełko w tunelu?
- 18 września, 2023RELACJEBypass Festiwal 4 | Ogólnopolski Dzień Braku Granic